poniedziałek, 03 grudnia 2012 12:45
Miał piękne, smukłe dłonie i piękną duszę.
Nie przeżył wojny.
Cesiu ukończył konserwatorium we Lwowie,
skrzypce to było jego życie, jego pasja.
Ludmiłę, siostrę mojej Babci, poznał w czasie wojny. Szalona wojenna miłość, ślub bez zapowiedzi, bo jak powiedział ksiądz „dzieci kochane bomby lecą na głowę, co tam zapowiedzi”. Na ślub szli piechotą a właściwie to biegli, w międzyczasie chowając się do piwnicy, bo nalot, za nalotem.
Po roku szczęścia urodziła się im córeczka, wcześniak, bardzo maleńki wcześniaczek. Nie było wtedy inkubatorów, jakiś rosyjski lekarz poradził w szpitalu by w domu dziecko obłożyć watą, i ułożyć wysoko, pod dużą żarówką, żeby było ciepło. Przeżyła, pod tą żarówką, ku wielkiej radości całej rodziny.
Była wojna, o salach koncertowych nie było co marzyć. Cesiu zatrudnił się jako urzędnik na poczcie. Córeczka rosła i miała już prawie dwa lata.
Pewnego pochmurnego ranka Cesiu wyszedł z banieczką po mleko. Na ulicy był spokój. Jakaś kobieta pchała wózek, powoli poszedł za kobietą z wózkiem.
I nagle ruch, akcja, biegli jacyś chłopcy z karabinami, z piskiem opon nadjechało niemieckie auto, zza węgła wypadł z ogromną prędkością drugi samochód, kobieta właśnie zaczęła przechodzić przez jezdnię. To był moment, Cesiu skoczył jak żbik, odepchnął kobietę z wózkiem ale sam już nie zdążył, samochody zderzyły się, trafił prosto pod koła, życie, za życie a właściwie za dwa.
Zostały po Nim skrzypce … i sale koncertowe, w których nie zagrał, i mała dziewczynka, która nigdy więcej nie usłyszała, jak jej tata gra na skrzypcach.
. .z przyjemnością polecam - Malina M*.
jeśli podobał Ci się ten wpis
to wejdź
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz